logo1 logo2

Larry Martin, "Badaj duchy"

Wśród zielonoświątkowych kaznodziejów znana i często powtarzana jest pewna historia. Występuje w niej dyrektor misji zagranicznych pewnej denominacji. Ponieważ nie wiem, na ile prawdziwa jest cała anegdota, nie wymienię go z nazwiska. Misjonarz ten dzieli się wspaniałym świadectwem o tym, co zdarzyło się na jakimś polu misyjnym. Im dłużej powtarzał tę historię, tym stawała się ona bogatsza.

Pewnego dnia wreszcie jego żona mu się sprzeciwiła: „To było inaczej!”, rzekła, na co jej mąż: „Cicho, kochanie, Bóg przeze mnie działa”.

Ta mała opowiastka ilustruje pewne zjawisko – kaznodzieje czasami upiększają opowieści o swoich doświadczeniach, aby wywołać u słuchaczy jak najsilniejszą reakcję. Jest to pewien problem. Żartobliwie nazywamy to „ewangelizującym przemawianiem”, ale myślę, że Bóg nazywa to kłamstwem.

Kościół nie miałby tego problemu, gdyby chrześcijanie nie byli łatwowierni. Niektórzy ludzie Kościoła, zwłaszcza zielonoświątkowcy (a ja się do tej grupy zaliczam), wierzą we wszystko, co słyszą.

Jestem przekonany, że gdyby powiedzieć wielu charyzmatykom, że Bóg ci powiedział, iż księżyc zbudowany jest z sera, uwierzyliby ci. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest aż tak łatwo to zrobić - na ogół trzeba w tym celu rzucić kilka pseudo-definicji z Greki, dodać opowieści o anielskich wizytach oraz kilka prorockich wyroczni.  Jeśli dodasz do takiej „rewelacyjnej”, aczkolwiek kiczowatej kanapeczki wystarczająco dużo ponętnej mortadeli [popularna kanapka w pewnych rejonach USA – tłum.], większość ludzi skusi się choć na kęs.

Kiedy lata temu byłem pastorem w Oklahomie, przez nasze tereny przejeżdżał pewien ewangelista. Głosił w kilku zborach i wielu moich przyjaciół chciało, żebym go zaprosił. Miał „cudowne” świadectwo. Po pierwsze, ukończył Prawo na Uniwersytecie w Illinois. Jako uznany prawnik został członkiem chicagowskiej mafii. Został postrzelony w trakcie ulicznej masakry i oddał swoje serce Panu. Następnie przyłączył się do Zborów Bożych (The Assemblies of God) i odniósł wielki sukces jako ewangelista. Odszedł z tej denominacji, kiedy próbowała go ona urobić na swoją (religijną) modłę.

Co za historia! Ewangelista pokazywał nawet szramy po tym, jak tłum prawie go zabił. Był tylko jeden problem z tą historią. Nie była ona prawdziwa. Właściwie to nic w niej nie było prawdziwe. Kiedy wysłuchałem tego świadectwa i wyłapałem kilka niespójności, zacząłem zadawać pytania. Pomimo tego, co być może słyszeliście od pewnych religijnych przywódców, zadawanie pytań nie jest grzechem! W istocie może być to bardzo dobra rzecz. Na ogół ten, kto nie lubi szczerych pytań to osoba, która ma coś do ukrycia.

Kiedy zacząłem zadawać pytania, ten człowiek właśnie bardzo się rozzłościł. Kiedy napisałem do Zborów Bożych (AoG), okazało się, że nigdy o nim nie słyszeli. Podobnie Uniwersytet Illinois i Stowarzyszenie prawników tamtego stanu. Ten człowiek był kompletnym oszustem.

Pomimo tego większość ludzi, którzy zachwycali się jego świadectwem, nigdy nie podało go w wątpliwość. W rzeczywistości, chociaż brzmi to szaleńczo, wielu ludzi chętniej by wierzyło w jego kłamstwo niż dowiedziało się, że nie jest ono prawdą. Wielu chrześcijan tak głęboko chowa głowę w piasek, że nie chcą się męczyć tak skomplikowanymi kwestiami jak prawda.

Czuję się zakłopotany, kiedy na nabożeństwie uzdrowieńczym „uzdrowiciel” opowiada o wszystkich potężnych cudach, jakie miały miejsce w poprzednim tygodniu albo poprzednim miejscu, gdzie usługiwał. Na ogół ślepi odzyskiwali wzrok, głusi słuch, chromi chodzili a odcięte kończyny odrastały – poprzedniego tygodnia! W tym tygodniu, kiedy akurat ja poszedłem to wszystko zobaczyć, sytuacja była już nieco inna. Ktoś, kogo bolał kręgosłup, czuje się lepiej i czyjaś głowa przestała boleć. Dzięki Bogu za Jego dotyk, nawet nieznaczny, jednak ów „pokaz” jakoś nie dorównywał całej „promocji”.

Przy innych okazjach uzdrowiciele modlą się o uzdrowienie bólu głowy i wrzodów, kiedy wokół przemykają kamery. Przekonują oni tłum i przechwalają się swoimi niezwykłymi osiągnięciami, ale kto może zweryfikować takie świadectwa? Jednocześnie omijają ludzi na wózkach i tych beznadziejnie chorych. W telewizji nie wyglądałoby dobrze, gdyby inwalida nie wstał z wózka.

Jeszcze innym razem widziałem, jak ewangelista zabrał kule małej dziewczynki i kazał jej kuśtykać po całym pomieszczeniu. Krzyczał, „Jest uzdrowiona!”. Tłum aż ryczał w euforii. Na koniec nabożeństwa dziewczynka dostała swoje kule z powrotem i wróciła do domu w takim stanie, w jakim przyjechała. Czy ktoś nie powinien czegoś z tym zrobić? Czy „uzdrowiciel” nie powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności? Czy nie powinien przynajmniej przeprosić dziewczynkę za to, że zrobił z niej część swojego fikcyjno-uzdrowieńczego widowiska?

Nie mówię, że każda rzecz, którą się mówi w kościele, jest kłamstwem. Trzeba by było być cynicznym, żeby tak twierdzić. Czy nie powinniśmy jednak podawać pewne rzeczy w wątpliwość? W Nowym Testamencie, przykładowo, czytamy o około sześciu przypadkach ludzi, którzy byli wskrzeszeni z martwych. Wydaje się, że nawet w „namaszczonym” kontekście chrześcijaństwa pierwszego wieku, było to raczej rzadkością. Dzisiaj niektórzy kaznodzieje opowiadają o setkach, których wskrzesili z martwych podczas swojej służby. Czy to nie jest podejrzane?

Niepokoi mnie jeszcze inna rzecz. Kiedy Jezus i Jego uczniowie wskrzeszali z martwych, świadectwa tego można było zweryfikować. W większości przypadków znane były personalia takich wskrzeszonych osób. Gdyby ktoś miał pytania odnośnie cudu, mógł zwyczajnie odnaleźć Łazarza czy Eutychusa i z nimi porozmawiać. Czy nie podobnie powinno być dzisiaj?

W czasach telewizji, kamer cyfrowych i telefonów komórkowych, którymi można robić i wysyłać zdjęcia, czy niektóre z tych „cudów” nie powinny być udokumentowane? Jeśli Bóg działa w takim sposób, że zadziwiłoby to nawet apostołów, jeśli ludzie są cudownie ratowani przed atakami wroga,  jeśli umarli bywają wzbudzeni, czy nie powinno być tu udokumentowane przynajmniej tak, jak to miało miejsce w Nowym Testamencie?

Ostatnio słyszałem historię o człowieku, który został wskrzeszony z martwych na jednym ze spotkań prowadzonych przez niemieckiego ewangelistę Reinhard'a Bonnke. Ten się o niego nie modlił, ale martwy został na spotkanie przyniesiony, inni się o niego modlili i został przywrócony do życia. O tym nadzwyczajnym cudzie został nakręcony film, na którym można zobaczyć ludzi, którzy brali udział w tym wydarzeniu, można usłyszeć ich relacje. Jeden z moich znajomych nawet poznał tego człowieka. Wierzę, że to się naprawdę wydarzyło, człowiek został wzbudzony z martwych. Wierzę, ponieważ zostało to udokumentowane. Niewiarygodna historia stała się wiarygodna ze względu na dowody.

A tak, już słyszę, jak mówisz, „Gdybym tylko uwierzył, nie musiałbym tego widzieć”. „Błogosławieni ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli”, rzekł Jezus. Mówimy tu jednak o dwóch zupełnie innych rzeczach. Wierzę w to, co powiedział Bóg. Nie mam problemu z wiarą w to, co mówi Biblia – w każdy rozdział, werset, linijkę. Wierzę, że osiołek przemówił, że cień słońca cofnął się o 10 stopni, itd. Nie mam problemu z wiarą, kiedy mówi do mnie Bóg, a to się zdarza. Inaczej jest z wiarą w to, co ty mówisz! Bóg nigdy mnie nie okłamał, obietnice Jego Słowa są tak pewne jakby rzeczy, o których mówią, już się wydarzyły. Z drugiej strony ludzie twierdzili, że mówią  w Bożym imieniu, i obiecywali mi rzeczy, które nie miały i nie będą mieć miejsca. Czas, w którym miały się wydarzyć, już przeminął.

Jeśli otrzymam słowo od Boga, wierzę mu, pielęgnuję je, zgodnie z nim działam. Jeśli jednak ty mi coś mówisz, będę to badać, a może nawet podam je w wątpliwość. Nie pozwolę, żeby moja przyszłość zależała od snu, który miałeś, ponieważ zjadłeś przed spaniem pizzę. Ślepe zaufanie omylnym ludziom to pewna recepta na duchową katastrofę.

Jakie więc mamy wyjście? Biblia mówi, „Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na ten świat” (1 Jana 4,1). Zwróćcie uwagę na to, dlaczego nakazuje się Kościołowi badać duchy – ponieważ działają one w fałszywych prorokach. To ci kłamliwi prorocy stanowią problem. Wydaje się, że im więcej się zmienia, tym więcej też rzeczy ma się tak samo.

Apostoł Jan nie tylko dał zielone światło tym, którzy chcą badać przez zadawanie pytań, on to nakazywał. Jeśli wierzysz każdemu duchowi, nie jesteś posłuszny Bożemu Słowu. W Dziejach Apostolskich czytamy o Berejczykach, którzy byli uznawani za szczególnych, ponieważ badali Słowo Boże sprawdzając, czy nauka, którą otrzymywali, była prawdziwa (Dz 17,11). Co za świetny pomysł! Szkoda, że nie brałem tego pod uwagę.

Zbyt wielu ludzi dzisiaj boi się badać jakiegokolwiek ducha. Niektórzy byli szkoleni przez lidera-manipulatora, który używał duchowego zastraszania, żeby jego własna głupota nie wyszła na jaw. Inni boją się, że jeśli dowiedzą się prawdy, staną się jakby mniej duchowi. Uwierz mi, przyjacielu, niewiedza nie jest jednym z owoców Ducha a pociąganie do odpowiedzialności tych, którzy mają w zwyczaju „niewinnie kłamać”, nie jest grzechem.

Przesadzanie i kłamstwa być może budują ego ich autorów, ale nie budują wiary. Pochodzi ona ze słuchania, a słuchanie przez Boże Słowo (Rzym 10,17). Fałszywa nauka, fałszywe obietnice i fałszywe proroctwa nikogo nie budują. Przeciwnie, zniszczyły one tysiące ludzi. Strzeż się, Kościele. Badaj duchy – zwłaszcza ludzkie.